Po obronie pracy doktorskiej w Szwecji postanowiłem wrócić z rodziną do Polski. Wcześniej nabyłem samochód, dlatego zdecydowaliśmy się na podróż promem. Musiałem zatem dowiedzieć się, czy nie będzie problemów z wywozem mojego wehikułu mającego szwedzkie tablice rejestracyjne. Zasięgnąłem informacji na ten temat w odpowiednim urzędzie. Okazało się, że sprawa jest prosta. Nie tylko powiedziano mi, że mogę spokojnie jechać moim samochodem do Polski. Co więcej, otrzymałem oficjalny dokument wyrażający na to zgodę. Proszono w nim tylko, abym po przyjeździe do Polski i przerejestrowaniu samochodu odesłał szwedzkie tablice to wspomnianego urzędu. Wyruszyliśmy więc w doskonałych nastrojach z Umeå do odległego o zaledwie 70 mil szwedzkich Nynäshamn. Tym z Was, którzy mało wiedzą o Szwecji wyjaśniam, że 1 mila szwedzka to 10 kilometrów:-) Było nas czworo: żona, ja, 4-letni syn i kilkumiesięczna córka. Dotarliśmy bez przeszkód do portu w Nynäshamn i wtedy, jak mawiał Wieniawa: „skończyły się żarty, zaczęły się schody”. Ustawiłem się w długiej kolejce do odprawy celnej. Był środek lipca 1984 roku, błękitne niebo i prawie 30 C w cieniu. Jak większość pojazdów mechanicznych używanych w tym czasie, mój samochód nie był klimatyzowany. Namówiłem więc żonę, aby zabrała nasze latorośle i udała się z nimi na pokład promu. Jego kabiny były już wtedy klimatyzowane. Żona uznała moją radę za dobrą i podreptała do promu osobną drogą dla pieszych. Ja zostałem z samochodem. Pierwszy schodek pojawił się, gdy dotarłem do szwedzkich celników. Nie mieli nic przeciwko mojemu wjazdowi na prom, ale tylko pod warunkiem, że oddam im tablice rejestracyjne. Pokazałem im wspomnianą urzędową zgodę na zabranie tychże do Polski. Niestety, celnicy zwięźle orzekli, że nie uznają jego treści i grzecznie poinformowali, że: albo zwrócę tablice i wjadę na prom, albo pozostanę wraz z samochodem na lądzie. Była też trzecia możliwość: zostawię samochód na lądzie i sam popłynę do Polski:-) Za płotem stał policjant. Pobiegłem do niego, pokazałem zaświadczenie i wyjaśniłem o co chodzi. Przyznał mi rację, ale z żalem dodał, że jako policjant nie ma prawa interweniować w strefie celnej. Wziąłem zatem śrubokręt, odkręciłem tablice i rzuciłem je pod nogi celników. Ci z kolei otwarli barierę i pozwolili wjechać na prom. Wtedy pojawił się kolejny schodek. Jak się później okazało, bynajmniej nie ostatni! Otóż załoga promu po obejrzeniu mojego biletu oświadczyła, że mogę wejść na pokład, ale bez samochodu! Wskazałem rubrykę biletu, w której napisano: samochód. Zwrócono mi uwagę, że oprócz słowa samochód figurował tam również numer rejestracyjny tegoż. Po dłuższej dyskusji znaleźliśmy rozwiązanie. Ja będę mógł wykorzystać bilet, ale samochód zostanie potraktowany jako cargo za którego przewóz wykupię osobny bilet. Zgodziłem się i dołączyłem do żony i dzieci zażywających zasłużonego wypoczynku w klimatyzowanej kabinie. Podróż upłynęła bez nowych przygód i zacząłem nabierać otuchy, że po dotarciu do Gdańska pojedziemy spokojnie dalej do Poznania. Myliłem się. W Gdańsku było równie gorąco jak w Nynäshamn. Dlatego, żona zabrała dzieciaki i zeszła na ląd wraz z pieszymi a ja zjechałem na tenże samochodem. I tu pojawił się następny schodek. Gdy podjechałem do polskich celników poinformowali mnie, że samochodu do Polski nie wpuszczą. Powód: brak tablic rejestracyjnych. Wywiązała się kolejna dyskusja. Ustaliłem z celnikami, że jeśli natychmiast wykupię polskie ubezpieczenie samochodu to pozwolą mi wjechać do ojczyzny, ale na własną odpowiedzialność. A to dlatego, że najbliższa kontrola drogowa nie pozwoli mi dalej jechać samochodem bez tablic. Zgodziłem się zaryzykować i zapytałem, gdzie mogę wykupić ubezpieczenie. Okazało się, że niedaleko: w hali przyjazdów. Sęk w tym, że aby się do niej dostać musiałem przejść kontrolę paszportową. Miałem ważny paszport, więc obyło się bez problemów. Zapomniałem tylko o drobiazgu, o którym za chwilę. Udałem się do biura ubezpieczeń Warta, wykupiłem pożądane ubezpieczenie i pognałem z powrotem do celników. Aby się do nich dostać musiałem ponownie przejść kontrolę paszportową. I tu pojawił się kolejny, na szczęście już ostatni schodek. Miałem wprawdzie ważny paszport, ale nie miałem nowej ważnej wizy wjazdowej do Szwecji! Ta, którą miałem została już wykorzystana, gdy wyjeżdżałem do Szwecji trzy lata wcześniej:-) Wyjaśnienie kontrolerom paszportów, że nie zamierzam ponownie jechać do Szwecji tylko dotrzeć do mojego samochodu znajdującego się w rękach polskich celników i połączyć się z rodziną oczekującą na mnie w hali przyjazdów zajęło zaledwie 30 minut. Gdy wraz z samochodem wydostałem się z rąk celników dołączyła żona z dzieciakami i pomimo braku tablic dotarliśmy szczęśliwie do Poznania.
P. S.
Siedem miesięcy po opisanych wydarzeniach jechałem ponownie z rodziną do Szwecji. Tym samym samochodem, ale wyposażonym w polskie tablice rejestracyjne. Podróż przebiegła bez przygód nie licząc wzburzonego Bałtyku:-)
![]()
by © Alfred E. Szmidt