Zorganizowałem nowe zajęcia języka angielskiego, gdyż wkrótce po przybyciu do Japonii zorientowałem się, że pomimo, iż japońscy studenci zawzięcie uczą się angielskiego (co najmniej 6 lat) potrafią tylko pisać i czytać w tym języku. Natomiast z mówieniem jest kiepsko, czyli w „nowożytnym” polskim: masakra. Mój pomysł był bardzo prosty. W czasie zajęć, każdy student miał opowiedzieć po angielsku historię na dowolnie wybrany temat. Pod warunkiem, że nie będzie korzystał z żadnych notatek i nie będzie się do niej przygotowywał! Początkowo, ten drugi warunek wzbudzał okrutne zdziwienie, gdyż studiowanie w Japonii polega zwykle na wkuwaniu wszystkiego na pamięć. Mnie natomiast chodziło o to, aby moi studenci zrozumieli, że rozmowa w jakimkolwiek języku wymaga bardzo często improwizacji, gdyż nie zawsze można przewidzieć o czym trzeba będzie rozmawiać, szczególnie wtedy, gdy nawiązujemy dialog z przypadkowo spotkaną osobą. Tu muszę dodać, że japońscy studenci darzą przesadnym szacunkiem swoich profesorów, co w praktyce uniemożliwia podjęcie jakiejkolwiek rozmowy. Nawet po japońsku. Aby pokonać tę przeszkodę, przed pierwszymi zajęciami, zapraszałem wszystkich studentów do domu na ucztę i popijawę. Zawsze pomagało. Wiedziałem zresztą, że tak będzie, gdyż ważkie problemy służbowe Japończycy dyskutują i rozwiązują w knajpach zwanych izakaya, a nie w miejscach pracy.